Ultraviolet
Ultraviolet (2006)
Podkusiło mnie aby nawiązując do mojej niedawnej zajawki na komiksy, obejrzeć wyżej wymieniony obraz. Może i nie spodziewałem się wielce ambitnego kina ale to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pomijam już abstrakcyjną fabułę ale chodzi o sam fakt, czemu Milla Jovovich dała się wmanewrować w kino tak spłycone i bez wyrazu? Akcja prowadzi zupełnie do niczego, dodając co jakiś czas elementy, które także nic nie wnoszą. Niby ucieka z dzieckiem i chce je ochronić a potem je zostawia bo dostrzega beznadziejną sytuację ale potem znowu wraca. Tylko po co? Nie ma ku temu wyraźnej przesłanki a jedynie nic nie znaczące domysły. Absurd goni absurd tak samo jak i materializująca się w dłoni bohaterki, broń. Ultraviolet nie ma żadnego kultowego podłoża, które by go obroniło. Taki komiks zwyczajnie nie istnieje co jest kolejnym paradoksem. Autorzy zmyślili coś na czym niby oparli film chyba tylko po to, żeby usprawiedliwić swoją nieudolność.
Poza tym – aktorstwo zostało zepchnięte na drugi plan. Gra Milli opiera się na używaniu kilku firmowych min i walce wbrew prawom grawitacji jak i samej logiki. Film żywo przypomina Aeon Flux ale ten był mistrzostwem w porównaniu do Ultraviolet. Nędzny klimat, bezpłciowo odtworzone lokalizacje z przyszłości i do tego kulawe aktorstwo. Nic nie ratuje tego filmu i nawet jeśli ma on jakieś ukryte dno to mam to gdzieś. Nie mam ochoty go szukać. Jak wiadomo, człowiek uczy się na błędach więc nie ma co żałować straconego czasu…
więcejBeware of bathrooms and always check the back seat…
Zombieland (2009)
Określenie „sympatyczny” nie jest może specjalnie na miejscu jednak nie da się ukryć, że to przyjemny film dla niezbyt wymagającego widza. Chodzi konkretnie o pewien dystans do kina stworzonego z przymrużeniem oka. Zombieland to lekkostrawna, czarna komedia z interesującą rolą Woody’ego Harrelsona. Humor pluje czernią i jest na swój sposób inteligentny. Nawet Bill Murray potrafił zawrzeć tu cząstkę siebie i zakończyć epizod „po swojemu”.
Bywa absurdalny ale taka jego rola. Nie można mu odmówić specyficznego uroku. Nie moralizuje, nie poucza a także nie niesie ze sobą głębokiego przekazu a i tak nie mogłem się od niego oderwać. Pomysłowo – oparty na kilkudziesięciu zasadach jak przeżyć w Stanach Zjednoczonych Zombiameryki, spłyca scenariusz do bólu ale przynajmniej nie udaje czegoś czym nie jest. Mi się podobało więc i część drugą chętnie zobaczę (w planach na 2013 rok).

Kołysanka
Kołysanka (2010)
Niby czarna komedia a się nie uśmiałem ale nie szkodzi. Pomimo to uważam „Kołysankę” za film ciekawy i nieszablonowy jak na polską kinematografię. To co rzuca się w oczy to wolne tempo akcji czy raczej: jej brak. Płynie ona powoli i tak naprawdę w tym filmie nie chodzi o nic konkretnego. Jest to prosta, nie wysublimowana ale klimatyczna rozrywka. Mi to się spodobało ponieważ nie udaje czegoś czym nie jest i nie sili się na oryginalność. Sama historia wampirów na polskiej wsi i tego co tam robią jest trochę absurdalna ale w końcu o to chodzi („Zmierzch” jest bardziej absurdalny a dużo osób go bierze na poważnie więc problem nie istnieje). Chodzi o ciekawie podany absurd w całkiem niezłej obsadzie, która ma tylu zwolenników co krytyków. Mimo wszystko duet Robert Więckiewicz / Janusz Chabior to ciekawe połączenie. Same role nie należały do wymagających i żadnych fajerwerków aktorskich nie ma ale jest za to przyjemność z oglądania. Należy jeszcze wspomnieć, że twórcą tego dzieła jest nikt inny jak Juliusz Machulski. Trochę się tego obawiałem, bo w ciągu ostatnich wielu lat nie wyszło spod jego ręki nic, co by mnie zainteresowało. Jego kino zwyczajnie nie leży na moim równiku. W tym wypadku jednak stwierdzam, że mnie zainteresował, zaintrygował i sprawił, że ciężko mi się było oderwać. Całości dopełnia naprawdę świetna ścieżka dźwiękowa i ładne, niekiedy minimalistyczne zdjęcia. Jeden z lepszych (popularnych) polskich filmów ostatnich lat, moim skromnym zdaniem.
więcejRepo Men. Windykatorzy.
Repo Men – Windykatorzy (2010)
Jestem zaintrygowany. Film pomysłowy, obrzydliwy, chwilami banalny, trochę brutalny a ponad wszystko – zajmujący. Mimo to, mnie urzekł! To wszystko jest może trochę na wyrost a to dlatego, że duet Jude Law / Forest Whitaker to wybuchowa mieszanka nawet kiedy scenariusz czasem niedomaga a sam koncept jest chwilami zbyt surrealistyczny. Trzeba być ponad to i należy pamiętać, że to kino z gatunku science-fiction, które bardzo sprytnie lawiruje pomiędzy typowym filmem akcji, zamierzoną groteską i thrillerem. Elementem charakterystycznym jest tu właśnie gra aktorska choć jak zwykle widziałem więcej negatywnych niż pozytywnych opinii na jej temat. Psychopatyczny Jake (Forest Whitaker) aż wyłazi z ekranu robiąc te swoje „firmowe skrzywienia twarzy” i grając nieobliczalnego twardziela. Rola raczej spłycona przez scenariusz ale mimo wszystko, godna uwagi. Remy (Jude Law) to skrzyżowanie bohatera romantycznego z Jasonem Bournem ale ze wszystkimi walorami estetycznymi rzeczonego aktora. Może te postaci nie wymagały jakichś specjalnych uniesień aktorskich ale mają swój charakter i przyjemnie się je ogląda.
Przechodząc do fabuły – historia wygląda tak. Istnieje sobie rządowa agencja sprzedająca za gotówkę lub na kredyt organy ludzkie wszelakiej maści. Jeśli klient nie spłaca kredytu przez 94 dni, zjawia się windykator i odbiera przedmiot kredytu co z reguły kończy się zgonem. Sprawy się komplikują gdy wzięty windykator - Remy – w efekcie wypadku, sam zostaje zaopatrzony w nowy organ. Na tym zakończę żeby ewentualnie nie zdradzić zbyt wiele. Historia inna niż wszystkie, dlatego wciąga. Trochę absurdalna ale nie szkodzi. Jej realizacja jest bardzo płynna i lekka więc te, prawie 2 godziny, znikają z życiorysu z prędkością światła. Ckliwy wątek miłosny nosi znamiona tragicznie-romantycznego ale co tam jeżeli może się podobać? Wszystko zależy od tego jak krytycznie podejdziemy do sprawy. Ja jestem pobłażliwy i sceny pokroju walki na noże w wąskim korytarzu Agencji przyjmuję z otwartymi ramionami kiedy powinienem wirtualnie na nią splunąć za brak realizmu i groteskowość. Bardzo przyjemnie spędziłem czas z „Repo Men – Windykatorzy” i mogę polecić go fanom takiego kina jak „Wyspa”, „Raport Mniejszości” czy „Ja, Robot” mimo, że to dość odległa galaktyka.
więcejPozwól mi wejść…
„Let Me In” to nie jest typowy film o wampirach i innych bestiach oraz walce dobra ze złem. Ten film ma w większym stopniu podłoże romantyczne oparte na zauroczeniu dwóch młodych osób i czystej formie napięcia emocjonalnego. Osobiście nie spodziewałem się cudów po takim obrazie ale aktualnie mogę stwierdzić, że jestem miło zaskoczony. Nocny klimat skupiska bloków może się podobać a poza tym, potęguje intymne odbieranie przekazu. Mimo, że film nie trzyma w napięciu ani nie ma nagłych zwrotów akcji, to nie nuży. Dobrze wypośrodkowano tutaj czynnik psychologiczny i rozrywkowy. Co więcej, rozwój akcji jest na tyle ciekawy, że chętnie czeka się na ciąg dalszy. „Let Me In” (czyli „Pozwól Mi Wejść”) to alternatywne podejście do tematu wampiryzmu, gdzie 12-letnia dziewczynka z cudzą pomocą pożywia się krwią aby przeżyć. Kiedy przeprowadza się w nowe miejsce ze swoim opiekunem, poznaje Owena.
Widziałem opinie, że historia tych dwojga jest banalna i często nie logiczna więc czuję się w obowiązku przestrzec – to tylko film. Ja już jakiś czas temu przywykłem do faktu, że nie wszystko w filmach musi być logicznie poukładane i mieć sensowne podłoże. Przecież to fikcja, prawda? Idąc tym tropem można dojść do momentu, że „przecież wampiry nie istnieją to czemu kręcą o nich filmy?!”. Ja lubię w fikcję się zagłębić i nie przeszkadza mi to, że czasem akcja nie toczy się tak jak powinna w prawdziwym życiu. Kino przecież ma być rozrywką i oderwaniem od rzeczywistości. Historia mi się spodobała a tym bardziej jej realizacja. Nie ma hollywoodzkiego przepychu ani natarczywej makabry. Jest to zwyczajnie przyjemny film o stosunkowo mrocznym podłożu – nie mający dużo wspólnego z rzeczywistością i to w nim cenię. Oryginalnej, szwedzkiej wersji nie widziałem (swoją drogą, zastanawiające jest zamiłowanie amerykanów do tworzenia duplikatów po swojemu ale to temat na osobny rozdział), książki też nie czytałem więc oceniam jedynie na podstawie aktualnych doznań. Jak dla mnie około 7/10.
więcejThe Last Exorcism
The Last Exorcism (2010)
Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jestem fanem produkcji typu „document-alike” czyli takich stylizowanych na pseudo-dokument. Kamera w ręku, brak dodatkowego oświetlenia, wiele niedopowiedzeń. Wszystko to przyprawia o szybsze bicie serca i dlatego to lubię. Z tego też właśnie względu mam dużo większy poziom tolerancji dla takich produkcji. Podobał mi się „Cloverfield” tak jak i 2 części „Paranormal Activity”, że o „Blair Witch Project” nie wspomnę (nawet hiszpański „[Rec]” łyknąłem pretty gładko). „Ostatni Egzorcyzm” przedstawia mocno oklepany motyw egzorcyzmów ale pokazany jest w nieco alternatywny sposób, gdzie sam ksiądz zadaje kłam podstawom do nawiedzeń przez demony. Jak można się domyśleć od początku – ten ostatni na który zaprosił ekipę telewizyjną – okaże się prawdziwy. Film doskonale trzyma w napięciu już od samego początku. Historia jest prosta i przewidywalna ale jak wspomniałem – ja jestem podatny i lubię to! Przyzwoita gra aktorska i świetny klimat gwarantują 1.5h dobrej rozrywki. No właśnie – film do długich nie należy więc nie zanudza. Nie zdążyłem w trakcie seansu zmienić zdania co do zasadności zastosowania takiej formy kręcenia. Swoją drogą, to dzięki niej – nie jest to kolejny film o demonach i ich wypędzaniu. Nie oferuje niczego ambitnego ale jest to miła odmiana. Najważniejszą cechą takich filmów jest autentyczność i minimalizm. Uświadczenie tu hollywoodzkich fajerwerków zakrawało by o kpinę ale zauważyłem, że reżyserzy są powściągliwi w doborze środków podczas kręcenia takich obrazów. Nie inaczej jest tym razem. Swoją drogą, widziałem wiele negatywnych opinii na temat zakończenia jednak ja jestem bardziej niż usatysfakcjonowany. Nie widziałem tam ani tandety ani tym bardziej jakiejkolwiek przewidywalności. Zostałem miło zaskoczony gdyż zakładałem, że potoczy się inaczej. Reasumując – film spełnił me oczekiwania na „mroczną” rozrywkę późną nocą. Przestrzegam, że nie wiele znalazłem pochlebnych opinii na jego temat więc jeśli nie macie takiego zboczenia jak ja to pewnie zrównacie go z ziemią. Jednakowoż moja wyobraźnia została zaspokojona.
więcej
