BLOW …i chcesz więcej

BLOW (2001)
Film „Blow” nie należy raczej do lekkich i przyjemnych. Jeśli byśmy chcieli go jakoś skategoryzować to byłoby to coś pomiędzy kinem biograficznym, obyczajowym i kryminalnym. Właściwie spodziewałem się czegoś bardziej „rock’n’roll’owego” jakkolwiek dziwnie to nie brzmi ale rola raczej mało charyzmatycznego Deppa, stworzyła po części postać nijaką. Nie wiem czy to wina scenariusza czy samego aktorstwa ale nie nawiązałem jakiejś głębszej więzi z głównym bohaterem a jest to postać, zasadniczo kreowana na pozytywną. Pomijając ten mały dysonans – podobały mi się proporcje zachowane w filmie. Nie ma tu walk i strzelanin na nieludzką skalę. Widzimy zasadniczo normalnego człowieka pochodzącego z „dysfunkcyjnej” rodziny, szukającego sensu życia i sposobu na nie. Jego wybory bywają różne i zbyt późno pojmuje o co chodziło jego ojcu na samym początku.
Film zawiera wiele metafor. Mimo pozornego przekazu wprost – znajdujemy w nim wiele niedopowiedzeń i przenośni. Porusza wiele problemów moralnych jak np. zdrada, która wielokrotnie i pod różną postacią pojawia się w „Blow”. Jest ona wynikiem uzależnień i pogoni za pieniądzem bo ludzie są tylko ludźmi. Po seansie warto zastanowić się nad ludzką naturą i zasadnością przyjaźni międzyludzkich. Tak naprawdę, narkotyki zdają się tworzyć tylko tło dla przedstawienia różnych wartości i relacji. Film wzrusza ale i rozczarowuje. Oczekiwalibyśmy może bardziej radykalnych działań ze strony Georga i walki o swoje ale z drugiej strony – to nie jest takie proste jakby postawić się w jego roli. To nieco inne spojrzenie na „królowanie” w narkotycznym państwie. To nie „American Gangster” gdzie walczy się o teren i kasuje konkurencję. To bardziej naturalistyczny obraz hedonistycznego świata o który zabiega zwykły człowiek, zdobywając po drodze wszystko czego zapragnie. Jest to też obraz tego jak kokaina zmienia człowieka – w tym przypadku np. wybrankę Junga – Mirthe czyli Penelope Cruz. Z pięknej i zmysłowej damy w nadpobudliwą narkomankę mającą spaczony pogląd na wszystko wokół. Swoją drogą – dobra rola – od miłości do nienawiści w około 60 minut. Wykwintnie ale i prostacko…
„Blow” to film specyficzny. Nie jest to kino wybitne ale zasługuje na szczególną uwagę. Jestem w stanie zrównoważyć wszystkie za i przeciw i stwierdzić, że to cholernie dobry film o ludzkich niedoskonałościach i szukaniu bliżej nieokreślonego, czegoś… obowiązuje swoboda interpretacji.
więcejWymarzona wycieczka… The Tourist
The Tourist / Turysta (2010)
Film „Turysta” godzi w sobie 2 rzeczy jeśli chodzi o gusta. Jest coś dla pań pod postacią Johnny’ego Depp’a i coś dla panów czyli Angelina Jolie. Można cieszyć zmysły, jednocześnie polegając na solidnym aktorstwie. Z tym „solidnym aktorstwem” bywa tu niestety różnie jednak większe zaangażowanie daje się wyczuć po stronie Angeliny – więcej w niej życia i emocji. Rola Depp’a wydaje się dość płaska i mało charakterystyczna i mimo, że powinna charakteryzować się jawną prostotą to aktor przemycił w nią za mało swojej ciekawej osobowości. Bezsprzeczny urok wypływa z jego nieporadnej osoby jednak brakuje przysłowiowej „kropki nad i”.
Obraz zaczyna się groteskowo i tak naprawdę nie zwiastuje inteligentnej rozrywki jednak utrzymany jest w konwencji pewnej bliskości z widzem. Niby to nas nie dotyczy a jednak wciąga. Bywa proste i nie wyszukane a jednak cieszy oczy. To co jeszcze mnie ucieszyło to fakt, że nasza para nie wciela się w rolę super bohaterów skaczących po dachach i wymachujących pistoletami (jak w tragikomicznym „Salt” dajmy na to). Film zyskuje na realizmie dzięki twórczej powściągliwości reżysera i spółki. To taki obraz w starym stylu ale w nowej oprawie z powolnie płynącą akcją gdzie bohaterowie rozmijają się z o centymetry z przestępcami a wszystko ma podłoże romansu i uwodzenia. Zresztą, jest to remake francuskiego „Anthony Zimmer” z 2005 roku. Chociażby z tego powodu nie można mówić o jakiejś formie oryginalności. Ja jednak przebrnąłem przez „Turystę” gładko i bez przeszkód. Nie dłużyło mi się ani, mimo zmęczenia, nie padłem jak mucha. Faktem jest, że dobór aktorski był zabiegiem marketingowym i w innym przypadku ciężko by było myśleć o sukcesie takiego „odgrzewanego kotleta”. Zdjęcia nie są niczym wyszukanym. Są poprawne i tyle. Zwroty akcji nie zaskakują bo jak wspomniałem – jest to „leniwe” kino. Brak tu zbędnych przestojów a wszystko wydaje się naturalnie płynąć. To między innymi, dzięki tej lekkości, nie uważam tego czasu za stracony. Nie mogę stwierdzić wyraźnie, że to film wyłącznie dla fanów Deppa i Jolie ponieważ znalazłem tu swobodę obcowania z filmem i pewną błogość. Wiadomo, że wszystko dobrze się skończy i nie ma kurczowego ściskania fotela/poduszki w oczekiwaniu na to co wydarzy się za chwilę. Przyjemne kino do odprężenia wieczorem dla zaspokojenia niezbyt wygórowanych oczekiwań.
więcej
