Zielona strefa
Green Zone (2010)
Greenzone to skrzętnie zrealizowany dramat wojenny. Doskonale wyważono tu proporcje pomiędzy kinem akcji a intrygą, która wprawia nasze, mózgowe koła zębate w ruch. Film przede wszystkim wciąga. Kiedy oglądałem trailer to pomyślałem, że idea ciekawa ale chyba będzie nudno (pozornie – większy nacisk na politykę aniżeli w rzeczywistości). Mimo wszystko, połączenie Greengrass / Damon to mieszanka absorbująca całą uwagę widza i nie pozwalająca zwątpić w ideę, że jest to doskonale zrealizowany film. Co więcej, widz nie jest karmiony beznamiętnie wyuzdanymi efektami specjalnymi tylko dostaje w oczy z cuchnącego brudem, moździerza. Produkcja jest przyjazna ale nie wypolerowana. Pozwala doskonale wczuć się w iracki klimat roku 2003. Konflikt jest przedstawiony nieco płasko ale to tylko film. Na więcej nie byłoby czasu. Zakończenie filmu nie jest ekscytujące ale przynajmniej nie pozbawione wyobraźni. Mimo, że można je było przewidzieć i mimo, że podjęta przez bohatera walka, jest walką z wiatrakami to consensus został wypracowany – pogodzenie holywoodzkiego kina akcji z dramatem wojny w Iraku. Wynikiem jest profesjonalny obraz, który utwierdza mnie, że jeśli już ktoś bierze się za ten gatunek to z reguły wie co robi. Dzięki temu, może on optować do miana mojego ulubionego gatunku ze względu na jakość efektów dźwiękowych, brudny klimat i trudność w spieprzeniu czegoś konkretnego. „The Kingdom” bardziej mi się podobało ale chcę oglądać więcej filmów tej klasy. Polecam.
